Wiele osób myśli, że mam lekkie, bajkowe życie. Że żyję w spokoju, z widokiem na góry, wśród zieleni, kwiatów i ciepła słońca. Ale prawda jest taka, że za tą sielskością stoi ogrom codziennej, fizycznej i mentalnej pracy.
Życie na wsi to noszenie opału, pielenie, sadzenie, błoto po kolana, samotność i często poczucie wyobcowania.
To również zimne noce, rąbanie drewna w śniegu, przeciąganie kabli, rozpalanie pieca, dźwiganie zakupów z miasteczka i setki „drobnych”, niezbędnych czynności, żeby móc po prostu żyć.
To bardzo świadoma decyzja i zdecydowanie nie dla każdego.
Bo życie na wsi to nie tylko piękne widoki i kontakt z naturą, to również codzienna praca, samostanowienie i samowystarczalność. To ciągłe mierzenie się ze sobą, w ciszy, z dzikością, z niewygodą i ze swoimi ograniczeniami.
Prawda jest taka, że jak panele solarne mają energię to mam światło. A jak nie mają, to po prostu go nie ma. Wodę mam z cysterny, a zakupy wnoszę pieszo, bo droga jest często nieprzejezdna. Przedwczoraj przeżyłam największą wichurę w moim życiu i z trudem udało mi się uratować dach.
To, że pokazuję Wam sielskie momenty, nie znaczy, że całe życie takie jest.
Po prostu dzielę się z Wami tym, co piękne, tym co mnie karmi, bo właśnie tego chcę więcej, to wybieram zasilać i tego też Wam życzę.

W międzyczasie przeżywam swoje kryzysy, zmagania, łzy i bezsilność. Ale zamiast je wrzucać w świat, wolę je przeprocesować, przetransformować i dopiero wtedy podać Wam światło.
Nie piszę tego, by się skarżyć. Piszę to, bo czasem trzeba sprostować wyobrażenia. I przypomnieć, że to, co wartościowe, nie przychodzi „samo”, ale za to jest cholerie prawdziwe.
A jak wasze przygody i doświadczenia w ostatnim czasie? Mam nadzieję, że macie ciepło, przytulnie i kojąco.
